fashion show backstage

Backstage to taki przedsionek pokazu, próba generalna, a często nawet serce pokazu. Sporo zależy od decyzji, jakie tam zapadają, przebiegu przymiarek, stylizacji fryzur czy makijaży. Chcecie wiedzieć jak wyglądało to w moim przypadku?

Tak naprawdę dla mnie i moich projektów były to pierwsze przymiarki. Część mojej kolekcji powstała na długo przed zgłoszeniem i informacją nt. Mielec Fashion Time. Dlatego pewne obawy wiozłam ze sobą z samego Krakowa. Po przyjeździe wszystkie wątpliwości szybko rozwiały modelki sprawnie przymierzając i dopinając finałowe stylizacje. Raptem 30-40 minut i każda z siedmiu sylwetek miała już swoją, nową właścicielkę, co więcej tę samą, którą uprzednio jej przydzieliłam. Kolejne 5 godzin przed pokazem upłynęły na dopinaniu szczegółów odnośnie bielizny lub jej braku pod transparentną sukienką/bluzką, kolorze rajstop, poprawkach i networkingu.

Początkową barierę między obcymi dla siebie projektantami pozwoliła przełamać przerwa na kawę i lunch. W moim przypadku obowiązkowe 3 kubki kawy w ciągu dnia, przy sporym nakładzie pracy, pozwoliły mi na nawiązanie znajomości, mam nadzieję owocujących na przyszłość.

15 projektantów, 20 modelek, około 150 projektów! Pokaz mojej kolekcji był jako drugi, co pozwoliło mi na przygotowanie na długo przed wyjściem na wybieg, czego nie mogli powiedzieć moi koledzy i koleżanki z branży, gdzie w pokazie przed nimi pokrywały się im 2, czasem nawet 3 modelki.

Współpracy oraz dobrego zorganizowania nie zabrakło i wszyscy solidarnie staraliśmy się im pomagać by szanse były równe. Sam pokaz to pewniej rodzaj gry, historia, która ma się rozegrać na deskach wybiegu. Backstage to miejsce wyznaczania zasad – swoich zasad. Tej ważnej umiejętności trzeba się nauczyć praktyką, by nie wizażysta, choreograf czy modelka decydowali o koncepcji pokazu. Przede wszystkim ten cały szereg ludzi współpracuje z Tobą, a dopiero potem Ty z nimi.

O godzina zero, wraz z kurtyną w górze cała maszyneria ruszył, a z nią my. Szaleństwo za sceną nie miało końca… Wymieszane rozmiary butów, drobne potknięcia, lekkie pęknięcia na szwach – na szczęścia światła reflektorów, gra świateł oraz muzyka wymazywały wszystkie niedociągnięcia. I w takim szaleńczym tempie minęły kolejne 3 godziny, a z nimi najwspanialsze uczucie unoszenia się trzy metry nad ziemią – bezcenne i tylko moje!

Źródło: http://www.hej.mielec.pl/

ZOBACZ TAKŻE

ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER

Dołącz do grona kobiet zadbanych zawodowo!